Spis treści

ARGENTYNA

BOLIWIA

 

----------------------------------------------------------------------

Argentyna. Przedruk artykułu z czasopisma KAKTUSY I INNE wydawanego przez Tomasza Romulskiego. Więcej informacji na temat czasopisma tu:

http://cacti-and-others.atspace.com/

lub tu: onthewind@peacemail.com

 

Mariusz Mieczakowski

introsc@interia.pl

Urlop (trzy tysiące metrów) nad morzem

 

W naszym kaktusiarskim hobby przyjaciele są z pewnością ważniejsi niż same kaktusy. Właśnie dzięki przyjacielowi, Andrzejowi Musze z Gdańska, moje nazwisko znalazło się na liście uczestników czesko-polskiej wyprawy do Argentyny i Boliwii, a początkiem listopada 2005 r. moja skromna osoba na frankfurckim lotnisku. Tam też cała nasza ośmioosobowa grupa (prócz Andrzeja i mnie jeszcze lobiwiolog Tomek Blaczkowski z Gdańska i pięciu Czechów) ustawiła się w kolejce do wejścia do samolotu. Podróż kilkunastogodzinna, męcząca, ale w końcu wylądowaliśmy w Buenos Aires, skąd autobusem udaliśmy się na północ, do Salty. Tu wypożyczyliśmy samochody i już tej nocy rozbiliśmy namioty w Campo Quijano, w „bramie” słynnego Quebrada del Toro, Byczego Wąwozu, w którym spędzić planowaliśmy czas jakiś, przemieszczając się z południa na północ.

Z samego rana, zwinąwszy obóz, pakujemy się do samochodów i po pewnym czasie już widzimy pierwsze kaktusy, i to od razu słusznego wzrostu. Jesteśmy w wąwozie, słońce na razie oświetla tylko szczyty wokół nas. A te kaktusy to Trichocereus terschekii, rośliny imponujące, ale właściwie niezbyt urodziwe, o uciernieniu rzadkim, krótkim i szarym, do tego w tym czasie bez kwiatów. Później przekonamy się, że występują one na ograniczonym obszarze, widzieliśmy je tylko na kilku stanowiskach tu w Quebrada del Toro.

  Fot. 1 Trichocereus terschekii

Na jednym z zakrętów sprawdzamy zbocza po obu stronach drogi. Są mocno strome, wspinaczka po nich niebezpieczna, ale... Rebutia xanthocarpa. Ta sama stara znajoma z kolekcji i babcinych parapetów. Z początku niepewność co do gatunku, ale potem jeden z Czechów znajduje egzemplarz z owocem. Żółty kolor owocu niweczy wątpliwości, bo to na pewno ona, niestety otwarcie owocu niweczy nadzieje — jest pusty, bez nasion. Kwiaty znajdujemy tylko przekwitłe, czerwone. Za to sprawdzamy zbocze po drugiej stronie szosy i znajdujemy całkiem sporą populację Parodia nivosa, jednej z popularniejszych — i słusznie — parodii, której szkliście białe uciernienie i szkarłatne kwiaty upodabniają ją do gwiazdy z tej drugiej Ameryki, do Mammilopsis senilis. I parodia, i rebucja zajmują wypełnione glebą szczeliny w pionowych skałach, ale Parodia nivosa, jak wiele innych małych parodii, najczęściej rośnie w poduchach mchów, nawet zupełnie suchych, lub w kępach bromelii z rodzaju Abromeitiella. Najwidoczniej tylko tam młode siewki znajdują wystarczająco dużo wilgoci, aby mogły dożyć wieku dojrzałego. To nie są jeszcze duże wysokości, nieco powyżej 1800 m n.p.m. tylko, dlatego tu i ówdzie znajdujemy kępy klejstokaktusów. To bardzo piękne rośliny, ale jakoś żaden z kolegów nie zwraca na nie uwagi. Rosną one prawie wyłącznie na takich wysokościach, wyżej można je spotkać tylko sporadycznie. Widocznie nie lubią chłodu, który tysiąc metrów wyżej jest więcej niż częstym zjawiskiem.

Kolejny przystanek w miejscu, gdzie powinno być stanowisko Gymnocalycium spegazzinii. Jest. To bez wątpienia najpiękniejszy gatunek w całym potężnym rodzaju Gymnocalycium. Prócz nich tu i ówdzie widać całe zagajniki Trichocereus terschekii oraz czasem Cleistocactus sp. Wszystkie te kaktusy od zboczy wolą płaskie, równe „łączki”, chociaż bez śladu trawy. Podłoże sprawia wrażenie stosunkowo, jak na Andy, żyznego i wodochłonnego, a gymna są imponująco duże, więc pewnie mają co jeść i co pić.

Fot. 2 Gymnocalycium spegazzinii MPL3

Jadąc wąwozem na północ cały czas pniemy się w górę. Na wysokości 2200 m n.p.m. znajdujemy spore stanowisko Parodia stuemeri, a 300 metrów wyżej są już poduchy Tephrocactus sp. i Airampoa sp., widomy znak, że jesteśmy wysoko w Andach, gdzie w lecie w dzień bywa 30 stopni, a w nocy 3 stopnie. Jest tu, w pobliżu Puerta Tastil, na dużej płaskiej przestrzeni, stanowisko Pyrrhocactus umadeave, złożone z wielu pięknych starych roślin, ale jakoś nie widać małych siewek. Czemu? Czyżby za mało deszczu? Powyżej 3000 m kolejna parodia, P. faustiana i pierwsza z lobiwii, L. chrysantha. Parodie te mierzą od centymetra do 5-6 maksymalnie i, co ciekawe, wszystkie rosną na pionowych stokach i to wierzchołkami w przód, nie do góry. W tej okolicy, na podobnej wysokości odnajdujemy miejsca występowania dwóch rzadkich mediolobiwii (podrodzaj w rodzaju Rebutia, ale przez Rauscha zaliczany do lobiwii), oba są na prawie pionowych skałach, na które wejść trudno, bo kruche one i osypujące się. Te rośliny to Mediolobivia einsteinii var. gonjianii oraz Mediolobivia nigricans var. peterseimii. Stanowiska nie są bogate, niezbyt wiele tu roślin, ale może jest ich więcej na wyższych skałkach, gdzie wdrapać się nie sposób. Oby. Tę pierwszą udaje się zobaczyć z kwiatami, choć albo są one albo przekwitłe, albo zamykające się, choć mamy wczesne popołudnie, między godziną trzecią a czwartą. Mimo wszystko warto, bo to kwiaty koloru żółtego, który w tym rodzaju nie pojawia się często. Wiele roślin zdobią duże pąki, pewnie rozwiną się w ciągu najbliższych dni. M. nigricans nie ma ani pąków, ani kwiatów, nie ma też zbyt zachęcającego wyglądu. Pewnie jeszcze nie dostała tej wiosny deszczu, albo było go za mało, dość że ukryte pod warstwą kurzu i gdzieniegdzie przysypane kamykami rośliny sprawiają wrażenie skurczonych i biednych. Kwiaty, gdyby były, miałyby kolor czerwony.

Quebrada del Toro opuszczamy w okolicy najbrzydszego miasta świata, San Antonio de los Cobres, i szutrową drogą biegnącą przez płaskowyż podążamy w kierunku miejscowości Purmamarca. Gdzieś pomiędzy Tres Morros a Purmamarką zahaczamy o stanowisko Mediolobivia einsteinii.

  Fot. 3 Mediolobivia einsteinii MPL10)

Znowu nie ma mowy o kwiatach, choć pąki prezentują się obiecująco. W tym samym miejscu nieustannie przyciągają wzrok przewspaniałe, miedzią i złotem ociernione kule Soehrensia formosa var. nivalis.

Fot. 4 Soehrensia formosa var. nivalis MPL11

Nasza podróż przez płaskowyż kończy się w mieście Tilcara, o którym pewnie każdy kaktusiarz słyszał. Tam lądujemy na polu namiotowym, rozbijanie namiotów, przygotowanie jedzenia i toaleta zajmują nam resztę dnia. Za to następnego ranka czeka nas przeżycie niezapomniane. Właściwie zaraz za miastem wjeżdżamy do Quebrada de Humahuaca, czyli Wąwozu Plemienia Humahuaca (czyt. umałaka). Pierwsza odwiedzona przez nas dolina jest po same brzegi wypełniona kaktusami, prawie tak, jak niektóre czeskie szklarnie. Trzeba chodzić ostrożnie, żeby nie rozdeptać kęp Opuntia sulphurea, wyraźnie płożącej się opuncji o średniej wielkości członach, niestety bez kwiatów. Kwiatów też nie zobaczymy na pozostałych roślinach, chociaż pąki widać na potężnych kulach Gymnocalycium tilcarense (a jakże), obecnie klasyfikowanego jako G. saglione var. tilcarense,

   Fot. 5 Gymnocalycium tilcarense MPL12)

które czują się zapewne w tym miejscu jak najlepiej, wyglądają zdrowo i pięknie. Tam gdzie zostało nieco wolnego miejsca, wciskają się małe, średnie i duże egzemplarze Lobivia ferox var. longispina.

  Fot. 6 Lobivia ferox var. longispina MPL12

Co ciekawe, ta lobivia (albo czasem jako var. ferox, chociaż nie sposób powiedzieć, gdzie kończy się var. ferox a zaczyna var. longispina) występuje prawie na wszystkich odwiedzanych przez nas stanowiskach, a mimo to właściwie zawsze robi wrażenie. Jej młodsze ciernie wyróżnia smolista czerń wspaniale kontrastująca z białymi lub częściej kremowo-białymi dużymi kwiatami. Zazwyczaj są to pojedyncze rośliny, tutaj jednak wiele z nich prezentuje dwie, trzy, a nawet cztery głowy. Nie wiadomo, czy to odrosty jednej rośliny czy też kilka siewek wyrosłych w tym samym miejscu. Każdy, kto jej nie ma w kolekcji, powinien poważnie się nad sobą zastanowić!

Im bliżej zboczy wąwozu, a tym bardziej na samych zboczach, tym częściej znajdujemy ogniście rude w porannym słońcu, acz niewielkie przedstawicielki gatunku Parodia tilcarensis.

   Fot. 7 Parodia tilcarensis MPL12

Te rosnące na skałach w większości gnieżdżą się w poduchach Abromeitielli, te na dnie jaru dają sobie radę bez osłony, ale trzeba odnotować, że mniejsze siewki widać tylko w — bądź w pobliżu — poduch bromelii. Zarówno na dnie, jak i na skałach królują wielkie, większe i największe słupy Trichocereus pasacana. Od tego miejsca będziemy spotykać je bardzo często, za to zniknie nam z oczu zupełnie T. terschekii. Łatwo je od siebie odróżnić, bowiem ten pierwszy w młodości oraz na młodych gałęziach ma dość długie rudo-złoto-brązowe ciernie, których część z upływem lat znika bądź szarzeje, a ich miejsce zajmują gęste białe włosy. Kwitną wyłącznie „siwe głowy”, ale jesteśmy za wcześnie na prawdziwy wysyp kwiatów. Te, które widzimy, są białe, ale jeden z Czechów natyka się na jeden jedyny egzemplarz kwitnący różowo. Jak szkoda, że nasiona będą dopiero za miesiąc-dwa (a i tak bez drabiny trzeba by cudu, żeby je zebrać).

   Fot. 15 Trichocereus pasacana

Napasłszy oczy i aparaty widokiem tej naturalnej kolekcji kaktusowej wyruszamy w dalszą drogę, w kierunku wioseczki Coctaca znajdującej się za miastem Humahuaca, gdzie powinno być stanowisko Weingartia neumanniana. Może i powinno, ale znajdujemy tylko Parodia maassii i Lobivia (ferox var.) longispina, czyli rośliny tak rzadkie, jak brzozy na Mazowszu czy buki na naszym kochanym Dolnym Śląsku. Chociaż urody odmówić im nie można (bukom też). Kolejny sukces to Neowerdermannia vorwerkii, która jest, a jakoby jej wcale nie było, bo znowu nie mamy szczęścia w poszukiwaniach. Skoro tak, to zmieniamy kierunek i (nie opuszczając wąwozu bynajmniej) podążamy na zachód, gdzie leży El Aguilar. Na tej drodze pierwszy raz obserwujemy (nieliczne, co prawda) kwiaty Oreocereusa trolli. Oreocereusy w odróżnieniu od Trichocereusów są niskie, a O. trollii (neocelsianus?) osiąga wysokość jednego metra, rzadko więcej, stąd kwiatom można przyjrzeć się dokładnie. Kwiaty (rurkowate, zygomorficzne) powszechnie określa się jako czerwone, ale to specyficzny odcień gdzieś pomiędzy bardzo ciemnym różem a bordo. I tu niespodzianka — w jednej ze szczelin skalnych siedzi sobie... kwitnąca Mediolobivia.

   Fot. 8 Mediolobivia pygmaea var. haagei? MPL15

Prawdopodobnie to M. haagei, dziś na liście synonimów M. pygmaea (tak, tak, wiem, powinienem użyć nazwy rodzajowej Rebutia, ale jak zawsze używam jej tylko w odniesieniu do podrodzaju Rebutia w rodzaju Rebutia, bo systematyka ma ułatwiać porozumiewanie się, nie zaś je utrudniać).

Celem naszej podróży tego dnia było nadgraniczne miasteczko La Quiaca, gdzie zatrzymaliśmy się w dość przyzwoitym hoteliku z łóżkami wprawdzie wygodnymi, ale spaliśmy na nich jak księżniczki na ziarnku grochu. Dla większości z nas był to pierwszy w życiu nocleg na wysokości 3500 m n.p.m. Nazajutrz pojechaliśmy odwiedzić znane stanowisko Lobivia pugionacantha.

   Fot. 9 Lobivia pugionacantha MPL17

Jakież było zaskoczenie, kiedy się okazało, że leży ono właściwie w mieście, między dwoma budowanymi właśnie osiedlami. Było bardzo sucho. Nie mogę stwierdzić, czy w tej nie było jeszcze deszczów, czy też to właśnie miejsce jest wyjątkowo suche, dość rzec, że widzieliśmy tu najbardziej odwodnione lobiwie ze wszystkich. Nie wystawały wcale ponad powierzchnię gruntu, za to były przysypane pyłem, kamykami i miejskimi śmieciami. O ich urodzie w tym stanie nie będę się wypowiadał. Lokalizacja ta jest zapewne skazana na zniszczenie, bowiem miasto z pewnością będzie się nadal rozbudowywać. Można jednak wierzyć, że stanowisko jest większe niż ten skrawek ziemi między osiedlami, że sięga dalej od miasta, gdzie na „dzikich polach” te lobiwie mają się lepiej. Aaaa, byłbym zapomniał, także Puna subterranea tam rośnie. Nie znalazłem, choć niektórzy koledzy i owszem.

Po drodze z La Quiaca do Cieneguillas znajduje stosunkowo dobrze znane stanowisko Yavia cryptocarpa. Oczywiście pojechaliśmy tam i muszę stwierdzić, że najłatwiej odnaleźć tam Oreocereusy, rzadkiej urody zresztą. Zauważyłem, że nie lubią one szczytów wzniesień, gdzie wiatr hula i chłód doskwiera, wolą natomiast zbocza osłonięte przed kaprysami pogody. Pewnie dlatego, że rośliny te wyróżnia giętkość, nie sztywność, przy silniejszych podmuchach wiatru chwieją się wyraźnie. Yavię można znaleźć, choć, jak już wiemy z relacji Foików, łatwe to nie jest. Gdy się już jednak zobaczy jedną, pozostałe same lezą w oczy. Żadna, niestety, nie kwitła.

   Fot. 10 Yavia cryptocarpa MPL18

W okolicy rosną także mediolobiwie, najpewniej wspomniane już M. haagei, przy czym te ostatnie zawsze w szczelinach niewysokich, ale raczej pionowych skał, a Yavie też w szczelinach, ale płaskiej, poziomej skały o długich szparach.

Następnego dnia wyruszamy w kierunku Iturbe, pojem Iruya. Jeszcze przed Iturbe zatrzymujemy się w okolicy stosunkowo płaskiej, wyglądającej jak ziemia uprawna 27 kategorii z mnóstwem tkwiących w niej kamieni, ale prawie bez skał. W takim to na oko niekaktusowym otoczeniu rośnie sobie w najlepsze bardzo ładna Lobivia marsoneri. Roślinka nieduża, ale pewnie już po porcji wiosennego deszczu, bo pucołowata i soczyście zielona. Nie wszystkie tak się prezentują, niestety.

  Fot. 11 Lobivia marsoneri MPL21

Rośliny o kilku główkach nie stanowią rzadkości. Prawie zawsze jest to rezultat uszkodzenia wierzchołka wzrostu, np. nadgryzienia przez kozę! Dalej na tej drodze niewątpliwy sukces — Neowerdermannia vorverkii. Szczerze mówiąc, nawet w kolekcjach nie jest to Miss World, a tu, w naturze, wygląda jak własna karykatura. Jako brakujące ogniwo w teorii... przepraszam... jako rodzaj uważany za przejściowy pomiędzy Weingartią a Gymnocalycium jest bardzo interesująca, ale o urodzie ledwo wystających spod ziemi żeber lepiej milczeć.

  Fot. 12 Neowerdermannia vorverkii MPL22

Na szczęście na tym stanowisku można obejrzeć także dwie mediolobiwie, M. haagei i (najprawdopodobniej) M. pygmaea var. elegantula. Tu konieczne będzie parę słów komentarza na temat gatunku M. pygmaea. Są to (wg. Brittona i Rose’a) występujące w Boliwii i północno-zachodniej Argentynie kaktusy krótkocylindryczne do 3 cm długości o zwykle zgrubiałym korzeniu, z nieco wydłużonymi areolami (pokrytymi niewielką ilością brązowej waty), z których wyrastają wyłącznie przylegające do skórki ciernie boczne o długości 2-3 mm, i o kwiatach różowo-filoletowych. Podejrzewa się, że opis powstał na podstawie obserwacji roślin z Oruro w Boliwii. Tak więc takson ten występuje na potężnym obszarze, ale populacje są w jego obrębie wyspowe, często jest między nimi spora odległość. To spowodowało opisanie wielu gatunków, głównie przez Rauscha, różniących się od powyższego opisu szczegółami, głównie kolorem kwiatów, wielkością i długością kwiatów, czasem wielkością ciała lub kolorem epidermy. Sam Rausch w większości uznał je później za odmiany M. pygmaea lub M. haagei, ale ostatnio wszystkie one traktuje się tylko jako synonimy tej pierwszej. Nadal łowcy kaktusów, np. Mats Winberg ze Szwecji, Ralf Hillmann ze Szwajcarii czy Ladislav Fischer z Czech znajdują nowe populacje różniące się od dotąd znanych i – zapewne – takich ciekawych, dotąd nieodkrytych stanowisk jest jeszcze w Andach kilkadziesiąt, może kilkaset (mowa tu tylko o M. pygmaea). Stan ten jednak powoduje, że bez długotrwałej obserwacji trudno mieć pewność co do znajdowanych w naturze odmian. Oba znalezione na tym stanowisku taksony, M. haagei i M. pygmaea var. elegantula, należą do najczęściej występujących, przy czym ta druga powinna być mniejsza (do 8 mm szerokości) i mieć ciemniejsze kwiaty, ale ta pierwsza, choć kwitnie wprawdzie najczęściej łososiowo-różowo, to czasem i prawie czerwono. Czyli – zgaduj zgadula. Na tym stanowisku haagejki (każda banda ma swój gryps) kwitły wyjątkowo jasnymi kwiatami, biało-łososiowymi właściwie, co pomagało je odróżnić od „koleżanek”.

Kolejny dzień przeznaczyliśmy na wyprawę w okolice miasta bardzo rzadko odwiedzanego przez kaktusiarzy, bo tam koza mówi dobranoc, a jedzie się długo i przez wysokie góry. To Santa Victoria. W pewnym miejscu po drodze zauważyliśmy... śnieg na zboczu. To pewne, że nie byliśmy na plaży. Jedzie się kilkadziesiąt kilometrów przez dzikie, puste góry, bezludne i „bezsamochodne” tereny, za to kaktusy są. Więcej, niż można zobaczyć. Skuszeni zauważoną gdzieś pomiędzy kamieniami plamą czerwieni zatrzymujemy się i oto naszym oczom ukazuje się Rebutia padcayensis, w kolekcjach występująca częściej pod nazwą R. margarethae (właściwie to ta z Santa Victoria opisana została jako R. margarethae właśnie). To „prawdziwa” rebucja, kulista, zielona, z – jak w opisie – czerwonymi kwiatami, chociaż zdarzają się też egzemplarze kwitnące pomarańczowo bądź żółto. To roślina częsta w szklarniach, rzadko zaś znajdowana w naturze, a tu proszę, i to z kwiatami.

  Fot. 13 Rebutia margarethae-padcayensis MPL26

W Santa Victoria spędzamy dosłownie parę minut. Szkoda, bo to oaza spokoju. Wyjeżdżamy za miasto, gdzie okazuje się, że dalsza jazda nie jest możliwa, bo płynie tam rwąca rzeka (zapewniam, że to nieczęsty widok w Andach). Łapiemy jeepa, który za parę peso podwozi nas na wierzchołek góry zaraz za miastem (nie znam nazwy szczytu), gdzie szukamy stanowiska Lobivia sanguiniflora. Wg posiadanych przez nas informacji powinna tu być. Jest. Jedna. Dosłownie jedna szuka, za to kóz całe mnóstwo. Pewnie zjadły pozostałe lobiwki.

Robiło się późno, do hotelu w La Quiaca daleko, trzeba było zawrócić. Warto było, bo zatrzymaliśmy się na stanowisku, gdzie i Rebutia padcayensis, i Lobivia sanguiniflora wystawały prawie spod każdego kamienia. jeden z kolegów znalazł nawet żółto kwitnącą R. padcayensis.

Jak zawsze nasz samochód, z polską załogą, jechał jako drugi. Gdzieś w górach wrzasnąłem nagle przeraźliwie, że chyba widziałem jakieś krwistoczerwone kwiaty w trawie na poboczu. Już mieliśmy się cofać, gdy Tomek krzyknął, że też widzi, przed nami. Stanęliśmy nie zważając na znikającego w oddali Chevroleta Czechów. Dzięki temu napatrzyliśmy się na jeden z najpiękniejszych kaktusów całej naszej wyprawy. Lobivia chrysochete var. minutiflora to spłaszczone ogromne (jak na lobiwię) kule złotych cierni, których wierzchołki okalają wianki (tak, wianki, jak u mammillarii, nie przymierzając) szkarłatnych kwiatów.

   Fot. 17 Lobivia chrysochete var. minutiflora MPL28

W niebie nie mają piękniejszych. Jakby tego było mało, zaraz ukłuły nas w oczy rzeczywiście liczne kępki kwitnących (!) główek Mediolobivia atrovirens.

Fot. 14 Mediolobivia atrovirens MPL28

Byliśmy na wysokości 4388 metrów n.p.m. O ile mi wiadomo (mogę się mylić), nikt dotąd nie zbierał rebucji tak wysoko.

W rezultacie Czesi czekali na nas gdzieś na przełęczy sądząc, że coś nam się stało. Oberwało się nam za niesubordynację, ale nie żałuję. Żaden z nas nie żałuje. Nigdy tego nie zapomnimy.

Następnego dnia trzeba było wracać do Salty, żeby oddać samochody do wypożyczalni. Na życzenie Tomka zatrzymaliśmy się w Volcan koło Tilcary, żeby poszukać stanowiska Lobivia haematantha var. rebutioides, która rośnie tam w wielu miejscach. Padło na górkę, na którą wleźli tylko Tomek i Andrzej, a mnie się nie udało, z powodu stromizny i sandałów na nogach. Czesi karnie siedzieli w samochodzie i czekali. Po godzinie alpiniści wrócili z triumfalnymi uśmiechami — znaleźli lobiwię, a do tego piękne egzemplarze Rebutia wessneriana, kolejnej rebucji pospolitej w kolekcjach, a bardzo rzadko znajdowanej w przyrodzie, i kolejnej „siostry” meksykańskiej Mammilopsis senilis oraz poduchy abromeitielli, a w nich Parodia schuetziana. Ta przygoda była ostatnim naszym spotkaniem z argentyńskimi kaktusami. Po powrocie do Salty oddaliśmy samochody i autobusem wróciliśmy do La Quiaca, gdzie przekroczyliśmy granicę innego świata, granicę Boliwii.

 

Wróć do spisu treści

 

----------------------------------------------------------------------

Artykuł ukazał się w periodyku Oddziału Wrocławskiego PTMK pt. KAKTUS EXPRESS redagowanym przez Tadeusza Nycza. Więcej informacji na temat KAKTUS EXPRESS: tnycz@interia.pl

 

Mariusz Mieczakowski

introsc@interia.pl

Na pace przez Boliwię, czyli...
wszystkie drogi prowadzą do Iscayachi

 

O ósmej rano argentyńscy pogranicznicy stają na baczność, kiedy wciągana jest na maszt argentyńska flaga, potem następuje krótki pokaz musztry(?!), potem już my możemy stanąć w kolejce do odprawy paszportowej, a boliwijscy tragarze rozpocząć, jak co dzień, przemycanie do Boliwii najróżniejszych towarów. Służba graniczna udaje, że nic nie widzi, mimo że przez przejście i obok przejścia przebiega kilkanaście osób na minutę, a każda niesie mniej więcej 30-kilowy ładunek. Za jedną rundę tragarz otrzymuje 1 boliviano, czyli około 40 groszy. Ile dostaje wojsko? Nawiasem mówiąc, jeden z pograniczników ma na mundurze naszyte nazwisko Krujoski, ewidentnie pochodzące od naszego Kruchowskiego. Zapytany przyznał, że jego przodkowie pochodzą gdzieś z pogranicza polsko-ukraińskiego.

Villazon to miasto specyficzne, ponoć jedno z niewielu w Boliwii, gdzie zdarzały się kradzieże (chodzi o turystów), miasto przemytników, handlu, hałasu, węzeł transportowy, siedziba teatru nawet. Dwie czy trzy ulice mają betonową nawierzchnię, pozostałe pokrywa piasek. Sklepów ze wszystkim, czego dusza zapragnie, setki. W większości z nich można kupić chińskie skarpety, radia, czajniki, nożyczki, buty, tkaniny czy plastikowe wiadra, ale też tutejsze poncza, indiańskie koce, fletnie i gitary, kokę na wagę (tu jest legalna), orzeszki, owoce, napoje i przekąski. Trochę brudno, ale kolorowo, miasto tętni życiem w odróżnieniu od prowincjonalnej, cichej La Quiaki.

  Fot. 1 Jedna z głównych ulic w Villazon

My wskakujemy do taksówek i każemy się zawieźć na dworzec autobusowy. Niepotrzebnie, jest blisko i mogliśmy spokojnie dojść. Po prawdzie nie tracimy na taksówki majątku (płacimy nieco ponad złotówkę za każdą). Dworzec w niczym nie przypomina argentyńskich. Jest tam szum, hałas i zamieszanie, naganiacze wykrzykują nazwy miast, do których jadą autobusy ich firm, co chwilę ktoś łapie nas za ramię proponując podróż do Potosi albo La Paz. Niestety wszystkie firmy przewożące do Tarichy (i innych miast chyba też) mają wyłącznie kursy nocne. Chodzimy, pytamy, aż w końcu jakaś dziewczyna mówi, że jej (firmy) autobus zawiezie nas teraz, wyruszy za godzinę. Za 50 dolarów. Dla nas, dla siedmiu osób, to nie jest dużo. Dla nich było to na tyle duża suma, że mieliśmy autobus dla siebie. No to arriva, wyruszamy.

Droga zaraz za miastem jest już szutrowa, polna, niezbyt szeroka. Wokół płaskie altiplano, brunatne, nagie, nudne. Po pewnym czasie teren jakby zaczyna się fałdować, robi się ciekawie. W końcu zaczynają się prawdziwe Andy, wokół szczyty, strome stoki, a pod nami... No właśnie, droga biegnie krawędzią kilkusetmetrowej przepaści. Z okien autobusu wcale nie widać pobocza, widać tylko pionową ścianę kończącą się gdzieś hen hen pod nami. Nagle z całą mocą tęsknię do nudnego, płaskiego altiplano. Nagle żałuję, że nie jedziemy nocą. Nagle zaczynam się zastanawiać, czy ja oszalałem, że z własnej nieprzymuszonej woli, za własne pieniądze, przyjechałem w takie miejsce. I wtedy widzę na dnie przepaści wrak autobusu. I nie mdleję. Chuck Norris też by nie zemdlał.

Podróż trwa długo, dlatego po kilku godzinach zatrzymujemy się na obiad. Restauracja mieści się w centrum dużej wsi o nazwie znanej wszystkim miłośnikom kaktusów południowoamerykańskich, w Iscayachi. Z zup mamy do wyboru sopa de arroz (zupa z ryżu), a z drugich dań jest milanesa. Siadamy przy stolikach nakrytych ceratą, dostajemy po miseczce mote, czyli gotowanej kukurydzy, odmiany o dużych ziarnach. Można to zjeść jako horse d’oeuvre albo wsypać do zupy. Zupa okazuje się być rosołem z wkładką wołową, ryżem i ziemniakami w środku. Jest pyszna. Drugie danie to kotlet panierowany, bardzo cienko rozbity i pokryty 2 razy grubszą panierką, ale smaczny. Podawany jest (jak zawsze tutaj) z ziemniakami i ryżem naraz, a wszystko posypane jest świeżymi warzywami krojonymi w cienkie plasterki (cebulą, pomidorami, sałatą). Usługuje nam syn właściciela, Diego, na oko 8–10 letni, najprawdopodobniej szkołę odwiedzający rzadko bądź wcale, skoro jest tutaj o tej porze w dzień powszedni. Stara się jak może, reaguje nawet na uniesioną brew ojca, nie odzywa się niepytany, słowem, stara szkoła wychowania.

Wyminąwszy spacerujące przed restauracją osły wsiadamy do autobusu i w takt piosenek tutejszej (taricheńskiej) gwiazdy o pseudonimie Negro Palma (to mężczyzna, wbrew pozorom) wracamy na krętą drogę nad przepaściami, by w końcu dotrzeć na dworzec autobusowy w mieście Tarija. Stąd taksówki zawożą nas do pensjonatu Residencial Rosario przy Calle Ingavi.

Tarija wszystkim się podoba. Ponoć jej mieszkańcy uważają się bardziej za Hiszpanów lub Argentyńczyków niż za Boliwijczyków. Szybko można zapomnieć, że jest się gdzieś w środku Andów. Ja czułem się tam podobnie jak w miastach europejskiego Śródziemnomorza, w Chorwacji czy we Włoszech. Stara architektura, palmy, bugenwille, pizzerie, skwery i place, tylko Indianki w kapeluszach jakby z innej bajki. Miasto zbudowano kiedyś ściśle według planu, dzięki czemu wszystkie ulice przecinają się pod kątem prostym, ale są dość wąskie, więc jednokierunkowe. Tu i ówdzie działa sygnalizacja świetlna, nawet respektowana przez pieszych i zmotoryzowanych. Kierowcy w zasadzie nie przestrzegają żadnych przepisów. pierwszeństwo ma ten, kto jest pierwszy (logiczne, nieprawdaż?). Dojeżdżając do skrzyżowania daje się krótki sygnał klaksonem, aby inni wiedzieli, że mają uważać (chyba że nie ma gęstej zabudowy i jest się widzianym przez innych). Kiedy na krzyżówce spotykają się dwa samochody, to jeden przepuszcza drugiego i po sprawie. Klaksonem (krótkim, nie nachalnym) ostrzega się też pieszych na jezdni (bo może nie zauważyli samochodu). Ten sygnał znaczy: „Uważaj, jedzie samochód”, a nie „Wynocha na chodnik”. Nie byłem tam świadkiem ani jednej stłuczki. Nigdy nie widziałem zdenerwowanego kierowcy, kłótni na ulicy czy pokrzykiwania na pieszego. Nigdy! Ruch uliczny jest bardzo płynny, policji nie ma wiele (są kierujący ruchem na największych skrzyżowaniach), nikt się nie wścieka. Nam się wydaje, że tam nie ma żadnych zasad w ruchu ulicznym, i nic bardziej błędnego. Zasady są, i to o wiele lepsze niż w Polsce, bo zdroworozsądkowe, i naprawdę wszyscy ich przestrzegają. A że nie są spisane w jakimś kodeksie, to co z tego?

  Fot. 2 Jeden z placów w centrum Tarichy

Tarija nas urzeka, ale nie po to przecież przyjechaliśmy. W wypożyczalni samochodów, gdzie mailem były zamówione dla nas dwa samochody (terenowe, w Boliwii nie ma sensu jeździć innymi, chyba że tylko po mieście), mówią nam, że jest tylko jeden. I to inny niż zamówiony. Ten właściwy będzie za dwa dni. I też tylko jeden. Powód? Wybory prezydenckie. Wszystko już wynajęte.

  Fot. 3 Taricheńska ulica

Trudno, bierzemy Nissana pickupa, co oznacza, że dwóch z nas musi siedzieć w otwartej skrzyni bagażowej („na pace”). Najpierw Andrzej i ja lądujemy na tych zaszczytnych miejscach, gdzie siadamy twarzą do kurzu unoszącego się spod kół (tylko poza miastem, a więc nie więcej niż przez 90% czasu jazdy), za to na kupionych przezornie na targu poduszkach (produkcji chińskiej, chwała niech będzie globalizacji). Jedziemy w góry. Jeszcze tylko musimy na rogatkach miasta pokazać policjantowi dokumenty samochodu i zapłacić myto, potem szlaban się podnosi i żegnaj, asfalcie!

Docieramy w okolice osady Erquiz, gdzie jest ciekawe zbocze tuż przy drodze, wprawdzie chronione ogrodzeniem z drutu, ale łatwym do sforsowania. Te płoty mają prawdopodobnie za zadanie trzymać zwierzęta na ziemi właściciela, a nie intruzów na zewnątrz. Stosunkowo wilgotne podłoże, tu i ówdzie zielona trawa obiecują coś ciekawego... Na początek objawia się Echinopsis obrepanda, niestety dopiero z pąkami, ale i tak ładny. Jest ich tu sporo, ale nieco dalej czerwone kwiaty zdradzają rebucję, i słusznie. Aylostera minutissima (nazwa gatunkowa znaczy „najmniejsza”) duża nie jest (do półtora centymetra średnicy, płaskokulista, o króciutkich, przylegających cierniach. Może i nie najciekawsza z wyglądu, ale należy do rebucji najrzadziej goszczących w naszych zbiorach.

  Fot. 4 Aylostera minutissima MPL30 Erquiz

Obecne bogate stanowisko jest bogate także z powodu flory niekaktusowej. Z całą pewnością należy do niej niezidentyfikowana, czerwono kwitnąca bromelia, Oxalis sp. oraz, co mnie zaskoczyło, jakaś Euphorbia. Informacje odszukane już w domu każą przypuszczać, że mogła to być E. sipolisii.

Zmierzamy dalej, na spotkanie pierwszej i jedynej w naszej podróży sulkorebucji. Rośnie ona na mocno płaskim szczycie góry, na wysokości 3300 m, obok większych kamieni, częściowo osłonięta przez średnio wysoką trawę (sądzić można, że miejsce z trawą nie należy do bardzo suchych). Skórka ciemnozielona, kwiaty ciemnoczerwone, ciernie tylko boczne. Nieco dalej, gdzie skałki trochę większe, w szczelinach daje się dojrzeć (dla odmiany) ciemnoczerwone plamy kwiatów. Sulka? Nic bardziej błędnego. Kępka kilku główek znanej już nam ajlostery (A. minutissima). Szukając innych okazów tej ajlostery znajdujemy... inną, kwitnącą, a jakże... ciemnoczerwonymi kwiatami. Aylostera fusca być to musi sądząc z naszych notatek (zawierających dane zebrane przez innych kaktusiarzy, którzy wcześniej te tereny zwiedzali). Sądząc po wyglądzie kaktusów, notatki nie kłamią. Jest raczej jajowata niż kulista (lekko cylindryczna), a młode ciernie są wyraźnie brązowe, skąpa wata w areolach też. O kolorze kwiatów nie wspomnę, bo na tym stanowisku kwiaty bardzo ułatwiają pomieszanie wszystkiego ze wszystkim (nawet niezidentyfikowana bromelia kwitnie czerwono, chociaż w jaśniejszym odcieniu). Tak czy inaczej, w przypadku kilku roślin nie jestem pewien oznaczenia.

  Fot. 5 Sulcorebutia tarijensis MPL31

  Fot. 6 Aylostera fusca MPL31

Powoli kierując się na powrót do Tarichy, zjeżdżamy niżej, na jakieś 2700 metrów, dzięki czemu, obok całkiem ładnych okazów E. obrepanda z pąkami, natrafiamy na pierwsze w trakcie naszej podróży egzemplarze Lobivia tiegeliana, a dokładniej L. tiegeliana var. ruberrima. Lobivia ta, przez wielu uważana za Miss Lobivia wszechczasów, ze względu na podłużne areole i ciernie rosnące w nich grzebieniasto, bywa traktowana jako ogniwo łączące lobiwie z sulkorebucjami, kwiaty jednakowoż wyraźnie wskazują na przynależność rodzajową. Tę konkretnie odmianę wyróżniają czysto czerwone kwiaty.

Trzynasty (szczęśliwy) dzień listopada uświetniamy wycieczką w stronę Entre Rios (co znaczy „Między rzekami”, choć tutaj w większości rzek przez większość roku płynie tylko piasek...). Po drodze zatrzymuje nas widoczny z samochodu duży różowy kwiat. Przy bliższym zbadaniu okazuje się on być kwiatem lobiwii o wdzięcznej nazwie Lobivia cardenasiana. Albo Echinopsis cardenasiana, albo Echinopsis ancistrophora ssp. cardenasiana, a tak poza nazewnictwem to jakby miniaturowa forma E. obrepanda. Teraz to już nawet ja nic nie rozumiem. Niedaleko kwitnie sobie w najlepsze dzika Verbena sp. Niestety nie wiem, który to ze znanych w tym rodzaju 230 gatunków. Nieco dalej na tej trasie znowu Lobivia cardenasiana, także E. mammillosa oraz ciekawostka, Trichocereus tenuispinus, a także bardzo interesująca, ale bliżej nieokreślona Cylindropuntia sp., tylko jedna na całym stanowisku, ale za to malowniczo obsypana kozimi bobkami!

Po drugiej stronie szosy ponawiamy wspinaczkę, czy raczej spacer, bo to niezbyt męczące zbocze, i nie bez powodzenia. Tym razem trafiamy na L. tiegeliana var. tiegeliana, czyli odmianę z fioletowym kwiatem, a także na wygrzewającego się w słoneczku węża. Wąż miał nas w głębokim poważaniu, nawet nie spojrzał, nie mówiąc o atakowaniu. A może był nieszkodliwy? Nie wiemy, nikt z nas nie zna się na gadach.

  Fot. 7 Lobivia tiegeliana var. tiegeliana MPL34b

Kontynuujemy podróż aż do przystanku gdzieś pomiędzy Canaletas a Tambo, a właściwie prawie w samym Tambo, które widać dokładnie ze stoków, na które zamierzamy się wdrapać. Po jednej stronie drogi skałki okazują się być bardzo strome, poza Tomkiem nikt nie daje rady wspiąć się na nie, ale i tak docieramy do kilku egzemplarzy Aylostera fiebrigii. Wśród ajloster to chyba najszerzej występujący gatunek, do tego dość zmienny, więc mam wątpliwości, sądząc z bliskości osady wymienionej przed chwilą z nazwy, czy to aby nie jest Ritterowa A. tamboensis, dzisiaj przez niektórych uważana za synonim A. fiebrigii. Zresztą wg Rittera one dwie i A. kupperiana tworzą grupę blisko spokrewnionych gatunków, i rzeczywiście wszystkie trzy wyróżniają wśród innych ajloster długie, sztywne i mocno kłujące ciernie.

Po przeciwnej stronie drogi teren jest bardziej zróżnicowany. Niewielki wąwozik, dnem którego płynie!!! rzeczka z wodą!!!, oddziela strome, acz pozwalające na wspinaczkę zbocze od płaskiego terenu zajętego pod uprawy rolnicze (rzadki to tu widok) i, nieco dalej, zabudowań należących najpewniej do osady Tambo. Na najniższych skałkach, zapewne korzystając z większej wilgotności powietrza w pobliżu strumienia, rosną piękne, duże, zdrowe okazy Echinopsis mammillosa. Wyżej zaś roślina bardzo znana i chętnie umieszczana w kolekcjach, Aylostera heliosa, tu jej odmiana A. heliosa var. condorensis. Jej wygląd jest zdecydowanie mylący, kaktusy te bardzo różnią się od tych znanych z naszych zbiorów. Pewnie ze względu na dostatek wody korpusy są napęczniałe, a areole daleko od siebie, do tego kwiaty raczej pomarańczowe niż czerwone, jak to znamy ze szklarni. Wiele z nich kwitnie, żadna! nie ma nasion. W grubych poduchach zeschłego mchu dostrzegamy białe kule — Aylostera muscula, takson tyleż popularny co piękny, niestety bez kwiatów. Robimy sobie w kilka osób dłuższy spacer dnem wąwozu, wzdłuż strumienia, znajdujemy jednakowoż spore kolonie srebrzystoociernionych Cleistocactus sp., a na jednym kamieniu żabę (zwierzę ziemno-wodne w krainie kaktusów, proszę sobie wyobrazić!). Zatrzymujemy się w jeszcze jednym miejscu w okolicy Tambo, gdzie trafiamy na te same gatunki co poprzednio, przy czym najprawdopodobniej A. heliosa występuje tu w postaci A. heliosa var. heliosa.

  Fot. 8 Aylostera heliosa var. condorensis??? var. nova???

  Fot. 9 Aylostera muscula MPL35b

Dopiero teraz przenosimy się na właściwą przełęcz kondora, Paso de Condor, od której nazwę odmianową dostała A. heliosa var. condorensis. Tutaj one też kwitną, i to przepisowym czerwonym kwiatem, aczkolwiek jesteśmy wyżej (prawie 2700 m), i pewnie dlatego rośliny są mniej napite i tym samym bardziej płaskie, schowane w podłożu. Na tej wysokości pojawia się już L. tiegeliana z mnóstwem pąków i jeszcze Echinopsis obrepanda z mnóstwem pąków. Tylko kwitnąć nie ma komu! Brak otwartego kwiatu lobiwii uniemożliwia oznaczenie odmiany. Potem już zbieramy zabawki i wracamy do Tarichy stając po drodze w dwóch miejscach, gdzie małe kwitnące fioletowo lobiwie z pewnością należą do L. tiegeliana var. tiegeliana, a lobiwie duże i z niewątpliwie echinopsisowymi pąkami to L. cardenasiana.

Nazajutrz odbywamy ciekawą i nietypową wyprawę w okolice miasteczka Padcaya. Opuszczamy miasto (uiszczając myto na rogatkach) i nadal jedziemy asfaltem, najwyraźniej nowiutkim. Miła odmiana. Wkoło ogrodzone drutem kolczastym pastwiska, na nich osły lub krowy. Zatrzymujemy się w miejscu, gdzie przy drodze bawią się łaciate prosiaki, a wg naszych informacji powinno też rosnąć coś ciekawego. Niestety GPS wskazuje na ziemię prywatną ogrodzoną drutem kolczastym i zasiekami ze zrolowanych zeschłych kolczastych krzewów. Długo pracujemy nad tym, żeby się przez nie przedrzeć, potem ruszamy nieco pod górkę. Mina nam rzednie, kiedy opodal dostrzegamy byka wielkości małego słonia w rogami wielkości kłów tego samego słonia, przyśpieszamy tylko nieznacznie, jak gdyby nigdy nic, ale tutaj nawet byki są przyjaźnie nastawione do wszystkich. Na szczycie pagórka, między potężnymi kamieniami, rosną niestety tylko L. cardenasiana i E. mammillosa. Bardzo ładne, ale już przez nas kilkakrotnie zaliczone, a tu chciałoby się coś nowego... Kiedy zbieramy się do powrotu, spadają pierwsze krople deszczu. Po chwili pada trochę mocniej, potem jeszcze bardziej, aż kiedy dopadamy samochodu, leje jak z cebra. Deszcz jest przyjemny, raczej ciepły, ale przemoczone ubranie nie należy do przyjemnych, a przecież mamy odkryty samochód, dwóch z nas podróżuje w niezadaszonej skrzyni. Czym prędzej wracamy do miasteczka i wpadamy do pierwszej z brzegu knajpki. Żądamy piwa (dostajemy jakąś lurę nie zasługującą na żadne przyzwoite miano) i zaraz prosimy o coś mocniejszego na rozgrzewkę (jednak zmarzliśmy porządnie). Właścicielka biegnie do sklepiku naprzeciw i przynosi butelkę singani, tutejszej wódki destylowanej z wina, trunku mocnego, ale o przyjemnym zapachu i zupełnie łagodnym smaku. Nie muszę dodawać, że w miarę ubywania napoju przybywa nam dobrego humoru, a na zewnątrz powoli niebo się rozpogadza, ludzie wracają na ulicę, atmosfera znowu staje się tropikalno-andyjska, a nie, jak przez ostatnią godzinę, mokro-chłodna, by nie rzec — angielska. Potem już pozostaje tylko powrót do hotelu w Tarisze, a rano...

A rano delegacja udaje się do wypożyczalni samochodów, gdzie Czesi mają odebrać terenówkę już z zabudowanym bagażnikiem, co niezbędne do dalszej eksploracji andyjskich bezdroży (a właściwie droży, ale w 95% szutrowych). Już przed dwoma dniami, kiedy było wiadomo, że zamiast zamówionych wcześniej dwóch samochodów będzie jeden, i to inny niż chcieliśmy, polska trzyosobowa załoga dostała polecenie załatwienia sobie samochodu — w końcu nic prostszego, wynajmowanie samochodów w środku Boliwii to dla nas chleb powszedni, pestka w zasadzie, mały pikuś i bułka z masłem (tylko że w tym kraju nie ma bułek, ani nawet chleba — powszedniego — w naszym rozumieniu). No i, jakby się kto pytał, wypożyczyliśmy samochód, pięknego granatowego Jeepa Cherokee sprowadzonego z jakiegoś szrotu w Brazylii. Samochód miał wprawdzie troje drzwi, z czego tylko te od pasażera dały się zamknąć na klucz, popsute kierunkowskazy (ale tych i tak nikt tu nie używa) oraz stacyjkę uruchamianą BEZ kluczyka (chociaż z trudem), ale za to był trzy razy tańszy niż ten czeski w prawdziwej wypożyczalni. Jak się szybko okazało, biorąc pod uwagę zużycie paliwa w Nissanie kolegów, może i cztery razy. Tak czy inaczej, (ledwo) zapakowaliśmy się do dwóch terenówek i jak te paniska pomknęliśmy w kierunku Iscayachi.

W Iscayachi, jak na prawdziwych łowców kaktusów przystało, zaczęliśmy od obiadu w znanej nam już restauracji. Potem tankowanie czeskiego Nissana, co odbywa się w sklepie, a właściwie obok niego, bo stacji benzynowych w mniejszych miejscowościach nie ma. Po prostu sklep „żelazny” to miejsce, gdzie obok podstawowych części samochodowych i narzędzi są beczki z benzyną, olejem napędowym i dwoma rodzajami oleju silnikowego. Benzyny naciąga się z beczki do plastikowej butelki po napoju gazowanym (np. Queen Cola), a z butelki, za pośrednictwem lejka, do baku. To trwa, ale tu wszyscy mają czas. Jeszcze nie oszaleli jak my w Europie czy jak Norteamericanos. Nad Iscayachi prawie zawsze niebo jest zachmurzone, a powietrze dość chłodne, dlatego chętnie wyjeżdżamy stamtąd w stronę Mendez, i już po paru kilometrach słońce powraca nad nasze głowy. Zatrzymujemy samochody w miejscu, gdzie po obu stronach drogi wznoszą się bardzo łagodne stoki, a gdzie powinniśmy natrafić na coś ciekawego. Należy wspomnieć, że wysokość wynosi około 3700 m n.p.m.

Najłatwiej oczywiście dostrzec oreocereusa, tutaj to O. neocelsianus (albo lepiej O. trollii), a także duże poduchy tefrokaktusów z kwiatami. Te o największych członach i żółtych kwiatach to prawdopodobnie T. bolivianus (Cumulopuntia boliviana), ale są tu też inne, mniejsze, ale kwitnące czerwono. Szkoda, że nie wiemy o nich więcej. Trochę wyżej, w szparach mniej lub bardziej pionowych skałek daje się dostrzec dwie różne mediolobiwie, a są to M. steinmannii o odstających, dosyć kłujących cierniach i M. pygmaea var. iscayachensis o cierniach typowych dla „pygmejek”, czyli krótkich, przylegających, które ukłuć nie potrafią. Niestety, żadna z nich nie raczyła na naszą cześć zakwitnąć.

Noc spędzamy w Iscayachi, w naszej restauracji będącej również hotelem. Mamy dwa pokoje, w nich w sumie 5 łóżek, w związku z czym Andrzej i Tomek śpią na betonowej podłodze. Łazienka składa się z jednego kranu z zimną wodą, toaleta... ten opis pomińmy. Jest zimno, szczególnie w nocy i rano. A rano droga prowadzi na północ, w stronę El Puente, malutkiego miasteczka, gdzie krzyżuje się wiele dróg przebiegających przez całą Boliwię. Przewodnią ideą pierwszych dzisiejszych „badań terenowych” ma być Weingartia kargliana, ciągle jeszcze nowość, nadal nieczęsta w kolekcjach. Najpierw oczywiście w oczy rzuca się Oreocereus trollii, potem Trichocereus sp., z geograficznego punktu widzenia może to być T. tarijensis. Jego wyróżnikiem są czerwone kwiaty (teraz nie kwitnie) i maksymalnie 1,5 m wzrostu (to się zgadza). Ładnie ociernione parodie z wszędobylskiego gatunku P. maassii nie zamydlą nam oczu, bo pomiędzy nimi trafia się także Parodia maxima, jeden z najwspanialszych tutejszych kaktusów, jak na parodię potężny, o kulisto-jajowatym korpusie do 30 cm wysokości i o długaśnych, grubych, ostrych cierniach we wszystkich odcieniach brązu i żółci, a może i czerwieni. Parodie już przekwitły jakiś czas temu — to źle. Ale dzięki temu mają nasiona, i to bardzo dobrze. Na płaskim „poletku” zbudowanym z piasku, gliny i drobnego żwiru odnajdujemy pierwsze egzemplarze kaktusa opisanego jako Parodia slabaiana na cześć Rudolfa Slaby z Czech, ale zasadność tego opisu budzi wątpliwości. Uważa się ją za odmianę lub synonim P. occulta, a tę z kolei za synonim P. subterranea. Fakt, że rośliny na tym stanowisku są wyjątkowo podziemne (wcale nie wystają ponad poziom gruntu) i ekstremalnie krótko ociernione. Prawdę mówiąc, pod względem urody absolutne przeciwieństwo P. maxima. Paskuda!!! Może gdyby była napita i z kwiatami... A wajngarcjii oczywiście ani widu ani widu (no bo na „słychu” i tak nie było co liczyć).

  Fot. 10 Parodia slabaiana (subterranea) MPL42

Zbieramy się i po półtoragodzinnej jeździe parkujemy obok bardzo łagodnych pagórków (tyle że na wysokości 2800 m). Przed nami ziemia kaktusowa: bardzo gorąco, oczywiście kompletny brak cienia, a w rozedrganym od żaru powietrzu trichocereusy, oreocereusy, opuncje, clejstokaktusy i znowu P. maassii oraz Parodia maxima, obie z nasionami, jedna nawet z kwiatem, a także roślina obecna już poprzednio w małej dawce, tutaj prezentuje się w całej swojej niewątpliwej krasie. To Gymnocalycium armatum, gatunek — jak na ten rodzaj — wyjątkowo pięknie ocierniony, stąd pewnie nazwa (armatum znaczy „uzbrojone”). Jest sucho w tym miejscu, dlatego gymna są po części wciągnięte pod ziemię, ale ciernie wystają mocno ponad poziom gruntu i pysznią się czekoladowym brązem i smolistą czernią.

  Fot. 11 Stanowisko MPL43

  Fot. 12 Gymnocalycium armatum MPL43

Kaktusy kaktusami, ale teraz już zdążamy w kierunku siedzib ludzkich, co w tym punkcie mapy oznacza miasteczko El Puente, niewielkie, ale ruchliwe, mnóstwo ciężarówek, kładzenie nawierzchni na drodze, jakiś plac budowy, hałas... Zajmujemy stolik w restauracyjce. U ślicznej osiemnastoletniej (wiem, pytaliśmy) kelnerki zamawiamy obiad składający się z zupy z wkładką (bardzo dobra) i kawałka gotowanego żołądka wołowego na drugie danie (poza mną nikt tego nie zjadł). Cały obiad kosztuje tu 2,40 zł. To najtańsze ze wszystkich miejsc z jedzeniem, które odwiedziliśmy. Pewnie dlatego podczas naszej tu bytności przybywa na obiad duża grupa robotników (pewnie tych budujących drogę).

Z El Puente los wiedzie nas na zachód, gdzie czeka słynna seria przełęczy Mal Paso. Gdzieś pomiędzy El Puente a Imporą fotografujemy duże, często cylindryczne i nawet pokładające się, mocno ociernione okazy Lobivia lateritia. Niedaleko bardzo sympatyczne kępy złożone z kilku do kilkunastu głów Weingartia cintiensis (najprawdopodobniej), z których prawie każda główka kwitnie kanarkowożółtym kwiatem. Następna „lokalita” pół godziny drogi dalej te również ukazuje nam te dwa gatunki, a prócz nich uroczą parodię, P. rubida. To duża roślina, choć mniejsza od P. maxima, w zasadzie taka trochę większa P. maassii o gęstszych, czerwono-brązowych cierniach i czerwonym kwiecie (te tutaj z pąkami). Pośród nich jest też być może P. roseoalba, ale to bardzo słabo zdefiniowany takson, prawie niemożliwy do odróżnienia od P. maassii. Nieco dalej rosną bardzo ciekawe drzewka, szerokie, ale niskie (1,5 m), o bardzo białej lub lekko seledynowej korze, bez liści, ale o malowniczo powykręcanych gałęziach. Pod nimi znowu to, co dotąd plus najprawdopodobniej Weingartia westii. Powoli zbliża się szósta po południu, została godzina do zmroku, a my wciąż w lesie (tzn. w górach), dlatego zostajemy na noc gdzieś pośrodku niczego. Znalazłszy kawałek równego, w miarę poziomego terenu rozbijamy namioty, gotujemy herbatę i konsumujemy chleb z salami i argentyńską tuszonką, czyli to co zawsze. Wieczorna (a i poranna) toaleta tutaj to czyszczenie zębów, bo poza zapasem wody w butelkach żadnego innego źródła wilgoci tu nie znajdziemy, o żadnych strumieniach czy stawach nie ma mowy. Tak więc śpimy w krainie kaktusów 3162 m nad poziomem morza.

Pobudka o poranku, szybkie śniadanie, wspomniana wyżej minimalna toaleta, wizyta w okolicznych krzakach i już przed siódmą jesteśmy na kolejnym stanowisku jakieś 800 m wyżej, gdzie zbocza strome, tu i ówdzie złoża łupków z obiecującymi szczelinami, a i roślinność naprawdę wysokogórska, np. podobny do mchu (a twardy jak kamień) okrywowy gatunek mnie przywodzący na pamięć Azorellę, chociaż pewnie nią nie będący. To jest Mal Paso. Najpierw widać dość liczne egzemplarze L. lateritia var. kupperiana, mniejsze i bardziej kuliste od typu, o grubszych i bardziej kolorowych cierniach. Łupki, jeśli się im przyjrzeć, są domem dla — wreszcie — mediolobivii, konkretnie to M. steinmannii (nie wiem tylko, która odmiana, najbardziej jednak przypomina var. camargoensis, ale ta występuje daleko na północ od Mal Paso, albo var. cincinnata, jak sądzi Ralf Hillmann). Chociaż nie tylko, bo i jakaś M. pygmaea nieokreślonej wariety (crassa?) się tu zaplątała. No i ta sama lobiwia co przedtem, ale chyba ładniejsza. I P. maassii, a jakże.

Zmieniamy miejsce ciągle nie tracąc nadziei na kaktusa pod nazwą Weingartia kargliana. Udaje się, na prawie 4000 m, gdzie obok ciągle tej samej lobiwii, obok Neowerdermannia vorverkii i nielicznych M. pygmaea var. haagei, jest wytęskniona W. kargliana. Ładna, a spodziewałem się gorszego. Średniej wielkości, mocno zakopane w ziemi „buraki” z wystającymi ponad powierzchnię jasnozielonymi, pucołowatymi brodawkami i stosunkowo długimi, zagiętymi do środka cierniami koloru czarnego. Bez kwiatów, tylko jeden przekwitły się trafił, ale i tak urody jej nie brak. Czasami klasyfikuje się ją jako podgatunek (niestety!) w gatunku W. neumanniana. W kolekcjach bardzo rzadka ze względu na małą dostępność nasion i trudności w uprawie.

  Fot. 13 Weingartia kargliana MPL49

Miejsca, które odwiedziliśmy w następnej kolejności, pewnie nie zapomnę szybko, bo tak jak wszędzie używałem tam zaślepki do obiektywu fotografując ją obok roślin dla porównania wielkości, ale inaczej niż dotąd, nie uznałem za stosowne jej stamtąd zabrać. Miało też tam miejsce ciekawe spotkanie, otóż kiedy fotografowałem kaktusy, minął mnie idący sobie jak gdyby nigdy nic szczytem wzgórza na wysokości 4000 m Boliwijczyk. A właściwie nie minął, tylko przystanął na pogawędkę. Dowiedziałem się, że ma na imię Porfirio i że idzie do pracy. Ciekawe, że gołym okiem nie było widać ani jego domu, ani miejsca zatrudnienia. Wszędzie tylko góry. I kaktusy. Szkoda, że nie zapytałem, jak długa ta jego droga do pracy. Długa nie długa, przyjemniejsza na pewno niż nasze wystawanie na przystanku (trwa właśnie listopad!), a potem zatłoczony autobus.

Z eksploratorskiego punktu widzenia stanowisko jest bardzo ciekawe. W niewielkiej ilości egzemplarzy rośnie tu mediolobivia o prawie białych kwiatach, z lekkim tylko różem na płatkach. W tej okolicy w latach sześćdziesiątych łowił kaktusy Ritter, i to on opisał tu dwa gatunki, wg obecnej wiedzy na pewno należące do gatunku M. pygmaea w randze odmian bądź nawet synonimów. Są to M. rosalbiflora i M. mixta, a różnice między nimi są trudne do zauważenia, jeśli oprzeć się na ritterowych Kakteen in Südamerika. Ponieważ ani jedna, ani druga właściwie nie przeniknęły do europejskich kolekcji, nie ma też żadnych dodatkowych obserwacji na ich temat i pozostaje zgadywanka. Za to druga rosnąca tu mediolobiwia daje się rozpoznać bez żadnych wątpliwości: to M. torquata, też czasem zaliczana do „pygmejek”, ale moim zdaniem niesłusznie. Ma bardzo krótkie (2 mm) ciernie, tylko boczne, i gęste areole ułożone ściśle jedna nad drugą, tak że tworzą one wyraźne linie żeber, prawie zawsze spiralnie skręconych, a to w tej grupie roślin rzadkość. Kwiaty są dwukolorowe, czerwone z jasnożółtą gardzielą, piękne. Niewykluczone, że niektóre ze spotkanych tu mediolobiwii to jeszcze inna historia, mianowicie M. pygmaea var. haagei, ale to tylko przypuszczenie. Objawia się nam też dawno nie widziana Lobivia pugionacatha, a i L. ferox. Last but not least, kaktus imponujący, Soehrensia formosa var. tarijensis. Zaliczana do trichocereusów, lobiwii, ostatnio do echinopsisów, Soehrensia wydaje się być na tyle odrębna, by zachować swoją nazwę rodzajową oraz miano ferokaktusa Andów.

   Fot. 14 Mediolobivia torquata MPL50

   Fot. 15 Soehrensia formosa var. tarijensis MPL50

To nie koniec naszej wizyty na Mal Paso. Ruszamy dalej licząc, że za załomem skalnym najprawdopodobniej będzie czekał na nas nasz ulubiony ciąg dalszy...

  Fot. 16 Stanowisko MPL50

 

Wróć do spisu treści